Zaczęło się od premiery telewizyjnej filmu "Kod Leonarda da Vinci". Pamiętam że była wigilia Bożego Narodzenia, siedziałem w pracy jak na szpilkach, bo film się miał zaraz zacząć a do fajrantu pozostała jeszcze godzina. Na szczęście szefostwo się zlitowało i puściło nas do domów. Wpadam do mieszkania, telewizor już włączony, siadam wpatrzony w ekran... Po niecałej godzinie doszliśmy z żoną do wniosku że jeszcze chwila i do kolacji nie doczekamy zasypiając przed telewizorem. Pstryk, i koniec, o Kodzie jak i Brownie zapomnieliśmy na długo.
Niedawno leciał u nas w kinie film na podstawie kolejnego bestseleru Browna, "Inferno". Jakoś tak wychodziło że nie zdołaliśmy na niego się wybrać, jednak zapowiedzi były tak intrygujące że wreszcie kupiłem trn film na płycie dvd. Nie mogłem wyjść ze dziwienia że takie coś może być przebojem kinowym. Wprawdzie tym razem film ogladaliśmy do końca, jednak z pewnością był to jedyny jego seans w naszym domu. Prawdopodobnie również ostatni film nakręcony na podstawie książek Browna. Postanowiłęm jednak sprawdzić, może faktycznie twórcy filmu się nie popisali, a ksiażka jest zdecydowanie ciekawsza i zasługuje na mianę bestseleru. Kupiłem, przeczytałem... Faktycznie, ciekawsza od filmu, zdecydowanie ciekawsza. Jednak do autora trwale się zniechęciłem. On normalnie kpi z czytelnika. Owszem, cudownie opisał zabytki, historię, to mnie szalenie zainteresowało i dzięki niemu wrócę do dawnej pasji. Autor zapewne myśli że genialnie odsłania motywy bohaterów i wyjaśnia intrygę. Nie panie Brown, pan tego nie robi, tylko celowo wprowadza ludzi w błąd śmiejąc się że nikt prawdopodobnie nie domyślił się wcześniej tego co pan raczył na koniec wyjaśnić, sugeruje coś innego, nawet jako narrator, niż jest w rzeczywistości. A jak można się domyślić że kochanek (on), okazuje się kochanką (ona). Parę razy wprost krzyczy pan w ucho że to jest ON! I jakim cudem wcisnął pan to samo wspomnienie, tego samego zdarzenia w dwie całkiem różne postacie?